Maria Giza – Podgórska

Z Sącza rodem. Wspomnienia córki generała Józefa Gizy

 

Z dniem 1 czerwca 1927 roku Ojciec zostaje mianowany majorem i we wrześniu tegoż roku przeniesiony na dowódcę 6 Baonu Korpusu Ochrony Pogranicza „Iwieniec" w powiecie Wołożyn w województwie nowogródzkim i przyjeżdża po nas w czasie wakacji następnego roku.

Z podróży do Iwieńca pamiętam śniadanie w krakowskim hotelu Pollera (rogaliki i kajzerki, a jakże, kawa ze śmietanką i jakieś tam czerwono-złote mebelki), potem warszawskie neony olśniewające nasze szeroko rozwarte oczy i ruch zapierający dech w piersiach... a potem już tylko tu-tu-ru-tuuu, tu-tu-ru-tuuu, daleki głos Ojca: „mijamy Brześć"... I gdzieś już w brzasku poranku Baranowicze, wreszcie Stołpce. To już prawie granica Państwa.

Wysiadamy. Jakoś tu inaczej, nie ma gór tylko łagodne wzniesienia, ludzie są powolniejsi i mówią trochę śpiewnie. Przed stacją przedziwny wehikuł, przypominający trochę Alfa-Romeo, a trochę kibitkę. Ojciec wskakuje na stopień i podaje Mamie rękę intonując lekkim barytonem:

„Za Niemen hen precz, hen precz...
Koń gotów i zbroja, dziewczyno ty moja..."

— i tu pieśń się urywa, gdyż w międzyczasie mój młodszy brat Kazik, zwany Buniem — pacholę skądinąd ciche i łagodnego serca — wkłada palec w interesujący zatrzask niezwykłego pojazdu bez możliwości cofnięcia tego odkrywczego działania do punktu wyjściowego. Rozpoczyna się następny popis wokalny, gwałtowne szukanie śrubokręta i innych specjalistycznych narzędzi. Wyskakujemy z Mietkiem z auta, gdyż w wypadku takich nieskoordynowanych akcji starszych lepiej usunąć się z drogi.

Oprócz auta są i żołnierze z bryczką na bagaże zaprzężoną w dwa mocne konie: to Nurmi i Namysław, które potem często odwiedzaliśmy w szwadronowej stajni z kostkami cukru.

Ruszamy w drogę, bagatela, 56 km piaszczystym traktem.

Posiłek — chyba w Rubieżewiczach — był zgoła odmienny od krakowskiego śniadania. Nic było czerwonych pluszów, były natomiast śledzie, wędzona polędwica, sucha kiełbasa i sery, wszystko o jakimś innym, szczegól­nym smaku. Do długiego bielonego pokoju śniadaniowego wchodziło się przez sklep, w którym w małych ilościach znajdowały się towary o bardzo miernym asortymencie. Właścicielem był sympatyczny Żyd w okrągłej rosyjskiej czapce z daszkiem. Ojciec zawołał od drzwi:

Dzień dobry panie Szulim, ile kosztuje cały sklep?
Na co ten odpowiedział:

Sie kłaniam panu majorowi, pan major taki grzeczny...

Nam, dzieciom, podobało się to wszystko ogromnie, chyba z powodu swojej odmienności.

Znaliśmy Żydów raczej w typie galicyjskim, w chałatach, z pejsami i jarmułkami; w Nowym Sączu taki właśnie Żyd, Stahlberger, zwany chyba z powodu swej przemyślności „Szpakiem”, dostarczał Mamie wspaniałe szczupaki i łososie. Było to niezwykłe wydarzenie, gdy na stole w kuchni leżała ogromna ryba i mogliśmy dotknąć palcami jej perłowo mieniących się łusek i ostrych płetw, albo nawet w przypadku niesłychanej łaskawości kucharki asystować przy wyciąganiu z ryby „duszy". Stahlbergera Mama moja wspominała jako bardzo uważającego, umiejącego się znaleźć człowieka.

Pamiętam również, jak czasami rodzice zabierali nas jadąc bryczką do Starego Sącza „na rybkę do Findera". Osobiście co prawda bardziej utkwił mi w pamięci Poprad, gdzie po drodze dzieci wysiadały z ordynansem, by pobawić się nad rzeką. Oczywiście robiliśmy wszystko, by do niej wpaść, a przynajmniej porządnie się zmoczyć... Potem powoli szło się do restauracji. Nie mam z niej żadnych wspomnień, gdyż byliśmy już tak zmęczeni, że zapakowani pomiędzy starszych na bryczkę zasypialiśmy w drodze powrotnej do Sącza z uczuciem, że pełne gwiazd niebo kołysze się nad ciemną drogą i razem z nami podskakuje, a ciepło i bezpiecznie jest tylko na kolanach Ojca... Matka moja, która lubiła mówić o czasach swojej młodości, a naszego dzieciństwa, określała tegoż pana Findera jako bardzo uprzejmego człowieka, zaś szczególnie jego żonę i córki jako wykształcone, eleganckie i odznaczające się wybitną urodą osoby.

W każdym razie byli oni inni, niż nowo ujrzani mieszkańcy tych wschodnich rubieży.

Odmienne było też w Iwieńcu budownictwo. Nie mówię tu o samej strażnicy baonu, która zbudowana z drzewa w kształcie podkowy miała na froncie ułożone z dużych kamieni wejście-portal na kształt egipskiego pylonu. To skojarzenie przyszło mi do głowy, gdy bez mała pół wieku później stałam w Medinet Habu przed wejściem do świątyni Ramzesa III. Oczywiście wejście do strażnicy było nieporównywalnie mniejsze, ale wśród niskich drewnianych iwienieckich domków naszym zadartym w górę głowom jawiło się monumentalnie.

Inne były też nazwy okolicznych miejscowości. Ojciec stale jeździł w teren i czasami w czasie wakacji brał nas ze sobą na poszczególne placówki. Utkwiły mi w pamięci takie miana jak Naborowszczyzna, Żebrowszczyzna, Dalidowicze, Radoszkowicze, Burnejki, Naliboki czy Ciaputy. Natomiast raczej wyjątkowe były bardziej nam swojskie nazwy jak Raków czy Kamień.

Rodzice utrzymywali też kontakty z okolicznym ziemiaństwem. Dwory stanowiły ośrodki kultury i tradycji polskiej wśród ludności w dużym stopniu białoruskiej. Jeździło się więc do państwa Zanozińskich, Erdmanów, Kopalińskich czy Pianowskich do Skiparowiec. Byli to ludzie niesłychanie gościnni i serdeczni. Pamiętam posiłki przy długich stołach z mnóstwem nakryć, najrozmaitszych dań i całym szeregiem kuzynek i ciotek rezydentek, które opychały nas konfiturami najróżniejszego autoramentu, dziwiąc się potem naszemu brakowi apetytu. Dwory były niskie ale rozległe, pełne starych portretów oraz rysich, niedźwiedzich i wilczych skór na ścianach i podłogach, a także jelenich i łosich rogów.

Do Iwieńca od strony zachodniej przylegała niemal bezpośrednio Puszcza Nalibocka, pełna jeszcze wówczas zwierząt i ptactwa. Ojciec ustrzelił raz wspaniałego głuszca, który długo stanowił przedmiot naszego podziwu umieszczony niczym orzeł nad biurkiem w gabinecie.

Dróg bitych prawie nie było. Od miejscowości do miejscowości prowadziły tak zwane trakty. Były to koleiny wyżłobione w piaszczystej ziemi przez białoruskie furki. Gdy na jesień lub wiosnę potworzyły się wyrwy, po prostu je objeżdżano; i tak droga miała w niektórych miejscach 2 metry, a w innych 5 metrów szerokości.

Zimy były ogromnie mroźne. Temperatury od grudnia do marca utrzymywały się stale w granicach — 30 stopni C. Dzieci ze strażnicy pakowano do ogromnych sań, przykrywano baranicami po czubki nosa i tak jechaliśmy do szkoły. Chodziłam w Iwieńcu do drugiej, trzeciej i prawie całej czwartej klasy szkoły powszechnej, ucząc się w każdej klasie w innym locum w bardzo prymitywnych warunkach, ale w najzupełniejszej zgodzie z innymi dziećmi o różnej narodowości czy religii.

Zimą w ogóle jeździło się „na kierunek", ponieważ drogi były zasypane grubą warstwą śniegu. Nie zawsze było to bezpieczne, gdyż nie brakowało okolic bagiennych i głębokie błota ciągnęły się kilometrami. Matka moja wspominała, jak pewnego razu jadąc saniami na noworoczny bal do zaprzyjaźnionego dworu — tak właśnie na przełaj — konie trafiły na trzęsawisko i zaczęły się zapadać. Zdezorientowany furman-żołnierz zaczął je cofać; wtedy Ojciec zerwał się z siedzenia, jedną ręką sięgnął po pistolet i strzelił w powietrze, a drugą wyrwał mu lejce. Spłoszone konie poszły w przód. Mama na jakiś czas straciła glos i ochotę do tańca, a także krepdeszynową cud-kreację sprowadzo­ną na tę okazję z Wilna; pudło bowiem z suknią i innymi balowymi akcesoriami zginęło bezpowrotnie w topieli.

Natomiast wiosny, lata i jesienie były cudowne. Przez sam Iwieniec przepływała rzeka Wołma, ale i okolica pełna była rzeczek i jeziorek. Brodziliśmy po nich łapiąc ręką ryby i raki, oczywiście dla samej przyjemności łowienia, budowaliśmy tamy i zbiorniki wodne. Na wiosnę zaczynały zielenić się delikatne brzózki, których pełno było w okolicy. Żołnierze budowali z nich płotki, bramy i całą małą architekturę wokół strażnicy. Latem zakwitały wrzosy; bardzo często chodziliśmy ze starszym bratem Mietkiem na niedalekie „Mogiłki". Był to stary cmentarz, jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej a może i dawniejszych, zarosły wyższą od nas trawą i burzanami, gdzie prawie nie widać już było małych krzyżyków. Błądziliśmy miedzy mogiłkami bez najmniejszej obawy, w wewnętrznej zgodzie z bujną roślinnością, cykającymi w rozpalonym słońcu świerszczami, zielono-niebieskimi ważkami o drgających skrzydłach i śpiącymi snem wiecznym żołnierzami.

Z drugiej strony zaczynał się za strażnicą sosnowy las, przechodzący dalej w wysoki bór.

Ojciec mój, który w międzyczasie z dniem 1 stycznia 1929 roku został mianowany podpułkownikiem, niezależnie od wykonywanych zajęć służbowych miał duże zacięcie społeczne. Przede wszystkim lubił młodzież i umiał z nią postępować. W Iwieńcu zorganizował Koło Polek, które ze sztandarem i w czapeczkach-konfederatkach występowały na różnych uroczystościach. Ale szczególnie lubił harcerzy. Każdych wakacji byli w Iwieńcu harcerze gdzieś z głębi Polski, pamiętam też chłopców z poznańskiego sierocińca. W wojskowej kuchni gotowano dla nich posiłki, a żywność składały okoliczne dwory. Obozy były zwykle właśnie we wspomnianym wyżej lesie. Często uczestniczyliśmy w harcerskiej porannej modlitwie przed kapliczką umieszczoną na sośnie, w apelu z podnoszeniem chorągwi, w ogniskach, gdzie wesoła skautowska brać śpiewała, gimnastykowała się lub wykorzystywała żołnierskie prześcieradła na togi, burnusy, szatę dla kościstej śmierci — w zależności od repertuaru, a ku niesłychanemu zdumieniu tubylców.

Jesień była okresem, w którym odbywały się często zawody konne. Uczestniczyli w nich oficerowie, podoficerowie i ułani 2 Szwadronu KOP, który mieścił się tuż obok strażnicy. Lokalne derby gromadziło miejscową societę na wzniesionej przez żołnierzy brzózkowej trybunie. Ogromnie lubiłam zawody; jeźdźcy uspokajali konie klepiąc je po aksamitnych szyjach, a one tańczyły niespokojnie w miejscu, a potem mknęły, brały utworzone z pachnących żywicą bierwion przeszkody albo rowy wśród ustawionych sosenek; znaliśmy je wszystkie według ich fantazyjnych, nieraz zgoła egzotycznych „imion" i byliśmy za pan-brat z ułanami. W ostrym zapachu końskiej stajni patrzyliśmy często z podziwem jak żołnierze karmią konie, poją je, szczotkują do blasku końskie zady. Czasami udało się któregoś uprosić, by przy przeprowadzeniu koni pozwolił usiąść na koński grzbiet. Cóż to była za radość!

Iwieniec był bardzo małą miejscowością, ale nasz pobyt tam w jakiś sposób stale łączył się z miejscami i wydarzeniami, które były ogólnie znane.

Gdy w pewnym okresie Mama zachorowała i przebywała w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie, zaniedbaliśmy się nieco w nauce. Ojciec wziął nas wtenczas do mapy i pokazał Smorgonie — jak dziś pamiętam, na linii Wilno — Mołodeczno — oświadczając, że skoro nie chcemy się sami uczyć, to będzie zmuszony zawieźć nas tam, byśmy uczyli się razem z niedźwiedziami. Powiedział to poważnym głosem, więc przez najbliższy tydzień oczekiwaliśmy wyjazdu na Akademię Smorgońską... Ale naprawdę to byliśmy w innych jeszcze posiadłościach radziwiłłowskich, w Słonimiu, Nieświeżu i Grodnie, kąpaliśmy się w Niemnie, Wilii i Naroczy. W wąskiej uliczce przed Ostrą Bramą w Wilnie słuchaliśmy przejmujących do głębi serca wezwań do Matki Bożej przed Jej cudownym wizerunkiem. Kazał nam też Ojciec dobrze zapamiętać Świteź; później już, gdzieś w gimnazjum ucząc się „Świtezianki" miałam przed oczyma zarosłe szuwarami brzegi i błyszczącą tafię jeziora.

Iwieniecka Wisła, czyli Wołma, wpływała do Isłoczy, ta z kolei do Berezyny, która w okolicy Delatycz łączyła się z Niemnem. Nie była to oczywiście Berezyna Dnieprowa, która toczyła swe wody o parędziesiąt kilometrów dalej na wschód i była w 1812 roku miejscem klęski wojsk napoleońskich. Pewnego wieczoru Ojciec wyjaśnił nam tę różnicę; sięgnąwszy do „Pana Tadeusza" otworzył go na Księdze XI i przeczytał nam jej początek.

Te trzy strony umiem na pamięć do dzisiejszego dnia.

W Iwieńcu też miałam okazję bezpośrednio zetknąć się z ówczesnym Prezydentem RP profesorem Ignacym Mościckim. Wizytował on te krańce Państwa, tak odległe od stolicy. Była to piękna, reprezentacyjna postać. Gdy pod wysoką bramą z napisem „Witaj, Dostojny Gospodarzu" wygłaszałam w imieniu szkolnych dzieci okolicznościowy wiersz. Prezydent, zaiste bardziej uśmiechnięty niż nad wiszącym w klasie portrecie, pochylił się i ucałował mnie w czoło. W tej pozycji było mi łatwo wspiąć się na palce i oddać mu pocałunek w okolicy siwego wąsa. Wywołało to lekką konsternację, ale też rozładowało napięcie, wywołane kilkugodzinnym oczekiwaniem w jesiennym chłodzie.

No cóż, była ta ziemia nierozerwalnie związana z historię Polski. Posłem nowogródzkim na Sejm 1773 był Tadeusz Rejtan, którego niezłomne veto przeciwko rozbiorowi Polski uwiecznił mistrzowski pędzel Matejki. Tęsknił za nią Mickiewicz na „paryskim bruku" i Kościuszko w Solurze, jeden wspominając Zaosie i Tuchanowicze, a drugi niedaleką Mereczowszczyznę. Tu walczyli powstańcy 1863 roku z Zygmuntem Sierakowskim, straconym w Wilnie, a przedtem jeszcze ciągnął Kmicic z Orszy do Grodna, gdzie „Jan Kazimierz miejsce generalnego zbioru naznaczył".  Dla niej wreszcie, a przede wszystkim dla tak bliskiego Wilna, żywiej biło serce Józefa Piłsudskiego, aby spocząć tu, gdy już bić i kochać przestało.

fragment wspomnień  (str. 38 - 43) Marii Gizy-Pogórskiej

wydanych w 1993 r. w Nowym Sączu w Sądeckiej Oficynie Wydawniczej
zamieszczamy za zgodą rodziny autorki
digitalizacja Zbigniew Wołocznik